Szersze tło polityczne dla dyskusji o GMO.

Prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć


W USA i Polsce nasila się ostatnio rewolucja konserwatywna, która oprócz odrzucania nauki o ewolucji i nowoczesnej geologii kwestionuje też główne uogólnienia ekologii i nauki o środowisku. Dotarłszy do Polski ruch ten rozpoczął deprecjonowanie myśli ekologicznej wśród uczonych i w mediach, co wydatnie utrudniło dyskusje w punktach spornych pomiędzy nowymi technologiami a ochroną środowiska.

 Nawet na polu naukowym ekologia bywa już wykluczana z zakresu „liczącej się nauki”, w domyśle tej redukcjonistycznej (wg wypowiedzi podczas jednej z sesji w Polskiej Akademii Nauk). Zagroziwszy wielkim interesom idea ekologizmu zapracowała też na niechętne traktowanie przez świat biznesu i niektóre administracje rządowe. W służących im mediach sprzeczne z wiedzą ekologiczną interpretacje "gospodarcze", są przedstawiane autorytatywnie jako jedynie słuszne przez ministrów, dyrektorów lub usłużnych profesorów, zawsze bardzo dalekich od wiedzy ekologicznej. Na adwersarzy dopuszczanych do wystąpień publicznych są wybierani tylko ludzie z pozarządowych organizacji ekologicznych, zwłaszcza ci radykalni, długowłosi i nietypowo ubrani. Manipulacja ta ma utrwalać wrażenie, że ekolodzy są niewykształceni i ZAWSZE „nawiedzeni”. Prawdziwych ekologów zawodowych (profesorów i doktorów z instytutów badawczych lub z komitetów naukowych PAN) od ok. 10 lat konsekwentnie nie dopuszcza się do publicznych wypowiedzi na żadne poważniejsze tematy ani w TV ani w wielkonakładowej prasie. O ekologii może się wypowiadać w naszych mediach każdy, także biolog molekularny i teolog, byle nie zawodowy ekolog. Do tego trwa kryzys w organizacji samej krajowej ekologii, wskutek czego prawie nie mamy zespołów zdolnych do opracowywania wyważonych (multidyscyplinarnych) opinii o wpływie jakiejś inwestycji lub nowej technologii na środowisko. Z niejasnych powodów placówki ekologiczne w Polsce znajdują się w trwającym od lat głębokim kryzysie lub nawet w likwidacji. W takie tło wpisuje się nie wolna od lekceważenia ekologii dyskusja o potencjalnych skutkach wprowadzenia GMO. W poczytnych dziennikach (np. Gazeta Wyborcza) pojawiał się nawet slogan: tylko NIEUK nie jest za GMO.

 

Drugim ważnym tłem jest różne podejście do zarządzania RYZYKIEM wnoszonym przez nowe technologie. Nasila się tu kontrast pomiędzy Unią Europejską, opierającą się na postmodernistycznym doświadczeniu i formułującą zasadę ostrożności/przezorności, a Stanami Zjednoczonymi, hołdującymi jeszcze oświeceniowemu bezkrytycyzmowi wobec nauki i postępu. „UE jest pierwszą w dziejach instytucją rządową, która przywiązuje dużą wagę do odpowiedzialności człowieka za stan środowiska naturalnego i umieszcza to zagadnienie w centrum politycznej uwagi” ( J.Rifkin 2005. Europejskie marzenie. Wyd. Nadir, W-wa).

Dlatego UE poparła protokół z Kioto, konwencję o różnorodności biologicznej, konwencję w sprawie broni chemicznej, i inne traktaty międzynarodowe (w tym 5-letnie moratorium na rozprzestrzenianie GMO), natomiast USA do dziś odmawiają podpisania tego rodzaju umów! Wynika to z dwóch powodów: A) z odmiennych warunków przyrodniczych: średnie zagęszczenie ludności w USA wynosi 26 osób/km2, gdy w EU około 6 razy wyższe (w Polsce 124 os/km2). Przy tak niskim zaludnieniu Stany Zjednoczone mogą jeszcze przez jakiś czas rabunkowo eksploatować środowisko, zanim dojdą do położenia gęsto zasiedlonej Europy. B). z pozostawania USA w tyle za (europejską) czołówką świata w zakresie filozofii, wyznając nadal bezkrytyczny entuzjazm dla wszelkiego, nawet ślepego, postępu. Byle zwiększyć ilość pieniędzy! Mówiąc poetycko, mieszkańcy USA są walczącymi z Naturą następcami Fausta, gdy Europejczycy po traumatycznych doświadczeniach kataklizmów wojennych, Czarnobyla, kwaśnych deszczów, skutków ocieplenia klimatu, DDT, thalidomidu, mączki kostnej i BSE, azbestu itp., są bardziej świadomi konieczności życia w zgodzie z Naturą. Zapóźniona w rozwoju nauki i świadomości ekologicznej Polska naśladuje nie wzorce z UE, lecz nieadekwatne do naszych warunków wzorce z USA. O zasadzie ostrożności (precautionary principle) Od r. 2002 w UE, jako w pierwszym organizmie politycznym świata, obowiązuje zasada ostrożności/przezorności o nadzorowaniu wynalazków naukowych i technologicznych i przy wprowadzaniu nowych produktów na rynek i do środowiska naturalnego. Podlegają one nadzorowi i mogą zostać zawieszone, jeśli brak jest wystarczających dowodów naukowych lub dowody są nieprzekonujące/niepewne, a wstępna ocena naukowa wskazuje, że istnieją poważne podstawy do obaw, iż skutki potencjalnie groźne dla środowiska lub zdrowia ludzi, zwierząt i roślin mogą być sprzeczne z wysokimi standardami bezpieczeństwa, przestrzeganymi w UE. Reguła „naukowej pewności” została tu zastąpiona przez kluczową zasadę „uzasadnionych podstaw do zaniepokojenia” (J. Rifkin 2005).

Znaczenie zasady ostrożności sięga jednak głębiej:

a) Jest ona wyrazem fundamentalnej zmiany w sposobie traktowania natury i podejścia do badań naukowych oraz wynalazków technicznych.

 b) Nowa polityka UE oznacza zmianę w traktowaniu ryzyka. Odtąd konsumenci i urzędnicy nie muszą dowodzić, że nowe produkty są niebezpieczne.

To do obowiązków mających znaczne środki producentów należy obowiązek udowodnienia, że takie niebezpieczeństwo nie istnieje. W tym miejscu pojawia się jednak wątpliwość:

 a) Czy takie sprawdzanie, jako skierowane przeciw bieżącemu interesowi finansowemu samych producentów, będzie przez nich wypełniane uczciwie?

b) Czy UE uda się obronić zasadę przezorności w obliczu nacisku ze strony USA, WTO i europejskich koncernów? Już teraz 5-letnie moratorium na GMO nie zostało przedłużone, a Komisja Europejska dziś nawet pozbawia państwa członkowskie i regiony europejskie samodzielności w decydowaniu o strefach wolnych od GMO, co wydaje się być naruszeniem innych fundamentalnych zasad tej demokratycznej wspólnoty państw (zwłaszcza zasady subsydiarności, oraz konwencji o ochronie bioróżnorodności.)

 Prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć

27.12.2007. 10:07