GMO – nauka przegrywa z zyskiem

Maciej Muskat - wersja oryginalna przekazana Gazecie Wyborczej do druku


Prof. Ignacio Chapella z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley ujął w zwięzłej formie to, co wiemy o genetycznie modyfikowanych organizmach (GMO): „Pomimo jednej trzeciej wieku i ponad 350 miliardów dolarów zainwestowanych w to cacko, huragan pozostaje bardziej przewidywalny, a pożar jest bardziej możliwy do opanowania, niż organizmy genetycznie modyfikowane.”

Organizmy genetycznie modyfikowane nie mają nic wspólnego z procesem krzyżowania znanym rolnikom na całym świecie. Inżynieria genetyczna przełamuje ewolucyjne bariery pomiędzy gatunkami i tworzy formy życia (sałata z genem skorpiona czy kukurydza z genem bakterii), które nigdy nie pojawiłyby się w przyrodzie w sposób naturalny. Stwierdzenia prof. Węgleńskiego o rzekomym powinowactwie obecnego Ministra Środowiska i tych polityków LPR, którzy nie wierzą w ewolucję są paradoksem – to właśnie prof. Maciej Giertych, ideowy ojciec kreacjonizmu poglądu w Polsce, jest gorącym orędownikiem inżynierii genetycznej. Przy czym stanowisko prof. Giertycha jest przynajmniej bardziej spójne – jeśli nie wierzy się w ewolucję, można spokojnie przyjąć na siebie rolę Boga.

Obawy związane z wpływem GMO na zdrowie człowieka nie wynikają z tego, że „geny mogą ‘przeskoczyć’ do człowieka.” Nie ma praktycznie badań, w których wpływ GMO na człowieka byłby badany, ale istnieją badania pokazujące wpływ genetycznie modyfikowanych roślin na zwierzęta laboratoryjne. Znaczące zmiany we krwi i nerkach szczurów laboratoryjnych, które karmione były zmodyfikowaną kukurydzą MON863 są jednym z wielu przykładów potwierdzających to, przed czym przestrzega wielu naukowców – modyfikacja genetyczna zmienia metabolizm komórkowy i nie potrafimy przewidzieć skutków, jakie ta zmiana niesie.

Kompletnym horrendum jest twierdzenie - przytaczane w „Gazecie” przez prof. Piotra Węgleńskiego - że 300 mln Amerykanów je żywność GMO i nic im nie jest. Równie dobrze ja mógłbym powiedzieć, że wskaźniki dotyczące pogarszającego się zdrowia Amerykanów są wyłącznie wynikiem wpływu GMO. Tego typu stwierdzenia nie mają żadnej wartości naukowej, bo nie są oparte na badaniach. Jedna z odmian kukurydzy dopuszczona do spożycia przez ludzi w USA była badana jedynie przez 45 dni. Na kurczakach.

Dużo więcej wiemy natomiast o wpływie GMO na środowisko. Inżynieria genetyczna promuje rolnictwo wielkoobszarowe i stosowanie chemii, co łatwo zrozumieć, biorąc pod uwagę, że właścicielami patentów na GMO są koncerny agrochemiczne. Nieprawdą jest, że stosowanie GMO prowadzi do mniejszego zużycia środków ochrony roślin. Zużycie to jest mniejsze tylko w pierwszych kilku latach od wprowadzenia upraw GMO. Potem znacząco rośnie. Charles Benbrook, były ekspert Białego Domu i dyrektor Rady ds. Rolnictwa Amerykańskiej Akademii Nauk, opublikował cztery lata temu raport, z którego wynika, po wprowadzeniu GMO w USA do środowiska dostało się o 55 tys. ton pestycydów więcej, niż gdyby zużyto w konwencjonalnym rolnictwie! Od wprowadzenia w USA upraw modyfikowanych genetycznie aż 19-krotnie wzrosło zużycie Glyfosatu, najbardziej znanego środka chemicznego używanego przy produkcji GMO, którego negatywne działanie na zdrowie ludzkie i środowisko jest potwierdzone. Podobnie jest w Argentynie i Brazylii.

Wbrew sugestiom wielu naukowców, organizmy genetycznie modyfikowane nie mają nic wspólnego z naturalnym procesem krzyżowania znanym rolnikom na całym świecie. Inżynieria genetyczna przełamuje ewolucyjne bariery między gatunkami i tworzy formy życia - sałata z genem skorpiona, kukurydza z genem bakterii - które nigdy nie pojawiłyby się w przyrodzie w sposób naturalny.

I gdyby GMO przynosiły chociaż wyższe plony... Ale nie przynoszą! W najlepszym przypadku inżynieria genetyczna ma neutralny wpływ na plonowanie, ale w wielu przypadkach zbiory są mniejsze niż przy uprawach konwencjonalnych. Najlepszym przykładem jest modyfikowana soja, której plony są 5-10 proc. niższe od odmian konwencjonalnych. GMO nie będą panaceum na głód na świecie, bo nawet FAO, Światowa Organizacja ds. Żywności i Rolnictwa, potwierdza że głód bierze się głównie ze złej dystrybucji żywności.

Może w takim razie GMO wzbogaca naturalne odmiany roślin w wartości zdrowotne? Zwolennicy GMO powtarzają historię o tzw. złotym ryżu, którego główną zaletą miała być większa ilość witaminy A, co z kolei miało prowadzić do zmniejszenia ślepoty (wynikającej z niedoboru tej witaminy) wśród mieszkańców Trzeciego Świata. Niestety, w powodzi marketingowych sloganów zapominają podać jednej ważnej informacji: zalecana dzienna dawka witaminy A wymagałaby spożycia kilku kilogramów tego ryżu dziennie.

Co gorsza, mylą się ci, którzy twierdzą, że „jak ktoś nie chce jeść GMO, to nie musi”. Współistnienie upraw ekologicznych, konwencjonalnych i zmodyfikowanych nie jest możliwe. Najnowszy raport Greenpeace dokumentuje przypadki skażenia pól, paszy i żywności roślinami GMO. Zapylanie krzyżowe czy nasiona gubione podczas transportu prowadzą do skażenia sąsiednich upraw i w efekcie rolnicy są zmuszeni do przestawiania produkcji na modyfikowaną. I właśnie dlatego obywatele miast (500 we Włoszech), regionów (od hinduskiej Kerali po wszystkie 54 prefektury Grecji) i całych krajów (Austria, Szwajcaria, Francja, Włochy, Grecja, Węgry) przekonali polityków, że jedynym rozwiązaniem jest całkowity zakaz uprawy i obrotu GMO. Tak jak napisał Minister Nowicki: nadejdzie czas, kiedy nawet Komisja Europejska będzie musiała zrealizować żądanie „Europy wolnej od GMO”.

Na produktach GMO zyskują jedynie wielkie koncerny agrochemiczne posiadające patenty do tych roślin i sprzedające środki chemiczne do ich uprawy, a także wielkoobszarowi rolnicy, którzy oszczędzają na mniejszym zatrudnieniu - dzięki masowemu stosowaniu pestycydów. Przegrywają wszyscy inni: ponad 99 proc. rolników na Ziemi, którzy jeszcze nie uprawiają GMO oraz konsumenci, którzy tracą zdrowie w wyniku coraz większej ilości chemii w pożywieniu.

W swoim artykule, prof. Tomasz Twardowski posiłkuje się niedawną wypowiedzią abp Życińskiego na temat GMO. Nie pozostaje więc nic innego, niż przypomnieć słowa Jana Pawła II, który w 2000 r., podczas spotkania z 50 tys. rolników w Watykanie, powiedział, żeby „opierali się pokusie zysku i wysokiej produktywności ze szkodą dla przyrody.” Papież dodał też, że „jeśli nowoczesne techniki rolnicze nie pogodzą się z prostym językiem przyrody, życie człowieka będzie związane z coraz większym ryzykiem, czego niepokojące oznaki już widzimy”.

GMO bywa nazywane „żywnością Frankenstein’a”, lecz warto pamiętać, że Frankenstein nie jest imieniem żałosnego, niebezpiecznego stworzenia znanego z filmów, lecz nazwiskiem szalonego naukowca, który był jego autorem. Działania i argumenty przemysłu i zwolenników GMO to arogancja wobec ograniczeń natury i zbytnia wiara we własne możliwości. Taką postawę nazywa się jednym słowem - hubris. A hubris – co widać w greckich tragediach – kończy się karą. 

03.03.2008. 23:22